Projekty‎ > ‎

Opus Humanum na Mistrzostwach Świata w hokeju

opublikowane: 9 maj 2017, 23:30 przez Opus Humanum
Na razie wprawdzie nie w charakterze uczestnika (choć ogłoszenie niepodległości jest propozycją często powtarzaną przez członków naszej organizacji ;-), a kibiców - korzystając z uprzejmości Baćki, czyli zniesienia obowiązku wizowego dla posiadaczy biletów na mecze, Opus Humanum zorganizowało weekendowy wypad do stolicy sąsiedniej Białorusi - Mińska. "Najzagorzalsi" kibice wśród uczestników widzieli w swym życiu 1 (jeden) mecz hokeja, a i to miało miejsce przed niemal ćwierćwieczem, nietrudno zatem się domyślić, że wyjazd traktowaliśmy przede wszystkim jako doskonałą okazję do przekonania się na własne oczy, jak "ostatnia dyktatura w Europie" poradzi sobie z organizacją masowej imprezy bądź co bądź światowej rangi.
Od początku szło nieźle - szybko się dowiedzieliśmy, że profity daje wyjazd na mistrzostwa już po polskiejNasza przepustka do "obsługi poza kolejnością" na przejściu granicznym. stronie granicy - trafiliśmy na specjalny pas szybkiej odprawy. Po białoruskiej stronie było jeszcze lepiej - otrzymany przy wjeździe na przejście graniczne znaczek z logo mistrzostw "przepilotował" nas przez jego  terytorium i obowiązujące na nim odprawy itp. zauważalnie szybciej, niż pozostałych czekających - najczęściej wracających z zakupów lub jadących na tanie tankowanie. Na przejściu wzbogacono nas także o kilka broszurek turystycznych - w tym jedną o szlaku śladami wielkiego białoruskiego poety - niejakiego Adama Mickiewicza.
Kolejną miłą niespodziankę sprawiła nam Białoruś jako taka - wszyscy już tu byliśmy, ale nierzadko od poprzedniej wizyty minęło już niemal 10 lat! Odruchowo spodziewając się chaosu i bałaganu na poziomie Ukrainy bądź Rosji można się naprawdę miło rozczarować - Białorusinów pod względem czystości i porządku śmiało wytrzymują porównania z Łotyszami lub Estami. Przystrzyżone trawniczki, pobielone drzewa i krawężniki, równe chodniki i ulice, rabatki we wszelkich miejscach możliwych i niemożliwych (np. w pasie zieleni rozdzielającym dwie trzypasmowe jezdnie - jakby było mało, stały tam jeszcze specjalne stojaki z kwiatami w donicach!) odremontowane i zadbane domy - do standardu Austrii lub Szwajcarii brak wprawdzie jeszcze trochę, ale na tle sąsiadów, zwłaszcza tych większych, wrażenie jest doskonałe. Nieco zepsuł nam je fakt, że sklep 24h okazał się być czymś egzotycznym, a oczekiwanie na pociąg miało potrwać kilka godzin... Na szczęście odnaleziony opodal dworca bar uratował sytuację - można było zaspokoić pragnienie. Jako że bar najwyraźniej robił za miejsce, do którego ściągali wszyscy, którzy nie wybawili się wystarczająco w innych, zamykanych już klubach lub restauracjach, nawiązaliśmy kontakt z mniej lub bardziej nietrzeźwymi przedstawicielami "jęczącego w okowach tyrana" ludu tubylczego. Ci wyjaśnili nam, że niedobór sklepów nocnych związany jest częściowo z ich nieopłacalnością - na Białorusi obowiązują ("zawleczone" ze Skandynawii, za pośrednictwem nadbałtyckich sąsiadów) zakazy sprzedaży alkoholu nocą w sklepach. Na szczęście na czas Mistrzostw zniesiono ich obowiązywanie dla piwa - tylko białoruskiego, bo innego sprzedawać podczas "święta hokeja" nie pozwolono. Jako że koncentracja rynku browarniczego nie ominęła bynajmniej Białorusi, można się było przekonać, na ile np. "czeski" jest Žatecky Gus...
Zarząd i jego środek transportu.
Koleje białoruskie "zastrzeliły" nas z kolei ceną biletu sypialnego Brześć-Mińsk (ok. 350 km, 3,5h podróży) - za ten luksus przyszło nam zostawić w kasie odpowiednik jakichś 25 zł. Jeszcze zabawniej było, kiedy okazało się, że wsiadamy do pociągu relacji Warszawa-Mińsk. Po co w takim razie jechaliśmy do Brześcia własnymi 4 kółkami? Cóż, bilet na ten pociąg na całą trasę (ok. 550 km) kosztuje już ponad 300 zł. Wyjaśnienia, że to wynika z konieczności zmiany kół z normalno- na szerokotorowe nie zdołał nas przekonać.
Mińsk przywitał nas nie gorzej, niż witała kibiców Warszawa na Euro 2012. Punkty informacyjne dla kibiców w strategicznych punktach (dworce, lotnisko itd.), nieprzebrane ilości anglojęzycznych wolontariuszy (łatwo rozpoznawalnych dzięki rzucającym się w oczy strojom), zony kibica z telebimami, koncertami i ogródkami piwnymi, a w transporcie publicznym - wszystko, co się dało, prezentowane po białorusku i angielsku. Czyli właśnie to, czego oczekuje przeciętny kibic ściągający do obcego kraju z nieczytelnym alfabetem ;-)
Szybko się okazało, że plotki o ABSOLUTNYM braku miejsc noclegowych (Booking.com już przed wyjazdem oferowało nam z łaski raptem kilka hoteli, i to od **** w górę...) nie były bezpodstawne. Podobno wśród mińszczan szczególnej popularności nabrało czasowe wysiedlenie się na podmiejskie dacze i wynajem mieszkania kibicom - wypisz-wymaluj Euro 2012 :-) W odwodzie była jeszcze właśnie dacza naszych mińskich znajomych, ale ostatecznie z ich pomocą udało
Akademiki "wioski kibica" by night.
Mińskie akademiki awansowane na "Wioskę kibica".
nam się zainstalować we "wiosce kibica" - czterech opróżnionych ze studentów 16-piętrowych akademikach, oferujących bloki złożone z 2- i 3-osobowego pokoju, łazienki, toalety i kuchni. Cena niestety też odpowiadała światowym standardom - 25 €/osoba/noc, a i tak zdobyliśmy miejsca wyłącznie dzięki temu, że ktoś odwołał rezerwację - 5000 wioskowych łóżek rozdysponowano do ostatniego.
Nie dziwi fakt, że absolutną większość kibiców we wiosce stanowili obcokrajowcy. Najwięcej - o dziwo nie Rosjan, a Łotyszy (wg pań z recepcji - połowa wioskowiczów była właśnie stamtąd). W efekcie przez kafejki, alejki, strefę kibica i pobliskie centrum handlowe przewijał się wybitnie kolorowy tłum, poubierany i poowijany we wszelakie barwy narodowe. Obok Rosjan i Łotyszy zauważalni byli Słowacy, ale np. mający niewiele dalej Czesi już tak nie dopisali. Dotarła także zauważalna wizualnie grupa Finów. Wszyscy bez wyjątku byli niezwykle przyjaźni dla siebie nawzajem i dla świata w ogóle, a wraz z upływem czasu - wszyscy z wyjątkami stawali się mniej lub bardziej nietrzeźwi :-) Kolejną łączącą wszystkich obcokrajowców cechą był wyraz twarzy po odejściu od podstawionych usłużnie mobilnych kantorów, parkujących wokół wioski - nawet Rosjan (1 zł to około 10 rubli rosyjskich) odbiór dumnego pliku banknotów w rublach białoruskich (1 zł to około 4 000 rubli białoruskich) wprawiał w stan osłupienia pomieszanego z lekką paniką. Cóż mówić o Łotyszach, u których nawet funt brytyjski kosztuje mniej, niż 1 łat! Osoba wymieniająca 100 € odchodziła od okienka z 1 600 000 białoruskiej waluty (Tak, Białoruś to chyba ostatni na naszym kontynencie kraj milionerów - sto euro to milion sześćset tysięcy rubli!) - to warto było zobaczyć, taką reakcję naprawdę trudno sobie wyobrazić ;-) Ciąg dalszy przygód ze środkami płatniczymi następował później - na Białorusi bowiem nie ma monet (tzn. są, kolekcjonerskie - biją je z resztą w warszawskiej mennicy). Nietrudno było w  było w Mińsku rozpoznać w sklepie gościa zza granicy - jeśli ktoś przy kasie z obłędem w oczach próbował zapanować nad plikiem różnokolorowych papierków, od razu było wiadomo, że to świeżo przybyły kibic. Na szczęście opinia o gościnności i cierpliwości gospodarzy nie jest przesadzona - cierpliwie czekali (zarówno kasjerzy, jak i klienci w kolejce) lub pomagali "inostrańcu". Inna sprawa, że na Białorusi płatności kartą są co najmniej równie powszechne, jak u nas, więc doświadczeni bywalcy tego kraju unikali raczej kontaktu z banknotami, machając gdzie się dało plastikiem.
Ostatecznie przyszła chwila na clou programu - ruszyliśmy na mecz. Ponieważ do areny nie dochodziło metro (A miało! Nie zdążyli wykopać - skąd my to znamy?), specjalna linia autobusowa zabrała nas z wioski i powiozła do celu. Arena prezentowała się doskonale, przed nią na kibiców oczekiwały stoiska sponsorów, dostarczające obok średnio komukolwiek spieszącemu na mecz potrzebnej wiedzy (np. o nowych modelach Škody) przede wszystkim rozrywki - za pomocą najczęściej gier ruchowo-komputerowych itp. Dla dzieciaków, sądząc po tłumach oblegających stoiska, w sam raz. Jedynym niemiłym akcentem dotyczącym sponsorów było dowiedzenie się, że jeden ze sponsorów, Biełaz (postradziecki odpowiednik Caterpillara, produkujący OGROMNE ciężarówki na potrzeby kopalni odkrywkowych itp.), nie oferuje niestety wycieczek do swojego zakładu. Przynajmniej jeden z uczestników wyjazdu był z tego powodu mocno rozczarowany.
Jedna z dwóch aren hokejowych w Mińsku.Sama arena (wyglądająca w pełni "po europejsku", choć trudno nam było ją porównywać z innymi ;-) powitała nas miłym chłodem, a frekwencja na wyższych trybunach okazała się na tyle słaba, że choć miejsca wypadły nam w różnych miejscach, nie było problemu z siedzeniem razem. Biorąc pod uwagę, że był to pierwszy mecz w ramach mistrzostw dla obu drużyn (Kazachstanu i Niemiec), nikła frekwencja nie dziwi, acz najzagorzalsi kibice dopisali. Najlepsze miejsca wypadły dziwnym trafem Niemcom (czyżby korupcja?), których od lodowiska oddzielała scena cheerliderek (dość zresztą niemrawych), ale najefektowniej kibicowali Kazachowie (niektórzy w pełnym stroju narodowym :-). Między kibicami krążył oczywiście żubr Wołat (biał. Волат, czyli Olbrzym) - oficjalna maskotka Mistrzostw.
Kazachscy kibice. Może i pierwszy raz na mistrzostwach, ale kibicowali bez kompleksów!
Sektor kibiców. Niemiec i/lub cheerliderek ;-)
Żubr zagrzewa. I nie mówimy tu o piwie.

Opatrzność najwyraźniej uznała, że ze względu na bliską zeru wiedzę na temat hokeja należy zapewnić nam pełen przegląd tego, co się w trakcie meczu może wydarzyć. Po remisie obejrzeliśmy zatem dogrywkę, a po niej - hokejową wersję rzutów karnych. Niestety, grający po raz pierwszy w mistrzostwach świata Kazachowie przegrali - ich fenomenalny bramkarz (to głównie jemu zawdzięczali tak długie remisowanie) nie sprostał Niemcom, którzy najwyraźniej strzelali karne lepiej, niż ich kazachscy koledzy. Biorąc pod uwagę zarówno nasze preferencje, jak i szczery doping Kazachów - szkoda nam ich było...
Odrobiwszy zadanie domowe, pozostało nam już tylko zapoznać się z ofertą Mińska by night. Generalnie - poprawiło się 
Wieczór nad Świsłoczą - Mińsk by night.
od ostatniego razu. Niektórzy z nas wybrali przywioskową strefę kibica, doskonałą zabawę w której "przypłacając" stanem ciężkiego upojenia alkoholowego, a część - dostojny bar w centrum, w którym mieli wątpliwą przyjemność, ale niewątpliwie pouczającą okazję obserwować, jaki poziom emocji wśród doskonale (sądząc po poziomie cen) zarabiających Białorusinów wywołuje oglądanie Eurowizji. Cóż, w dużym skrócie - OGROMNE. Biorąc pod uwagę, że u nas nie jest to żadne szczególnie się wyróżniające wydarzenie, było to momentami nawet zabawne, choć przede wszystkim - męczące ;-)
W niedzielę po odespaniu soboty czasu pozostało nam tylko na tyle, aby pobieżnie pooglądać centrum Mińska (perełka stalinowskiego empire'u z wzrastającą sukcesywnie liczbą odbudowywanych zabytków - co prowadzi do takich kuriozów, jak późnobarokowa katedra rzymsko-katolicka wmontowana w stalinowską pierzeję) lub zbudowaną kilka lat temu ultranowoczesną Bibliotekę Narodową (zwaną dumnie "mińskim diamentem" lub
Biblioteka Narodowa - diament czy Gwiazda Śmierci?
Biblioteka Narodowa w Mińsku - diament czy Gwiazda Śmierci?
 złośliwie "Gwiazdą Śmierci"). Później już tylko pociąg do Brześcia (dzięki za wagony sypialne - można się było jeszcze nieco wyspać) i odnalezienie pojazdu na przydworcowym parkingu (niestrzeżonym - będąc na Białorusi można jednak odnieść wrażenie, że cały kraj jest jednym wielkim parkingiem strzeżonym - i to lepiej, niż większość płatnych parkingów w Polsce...). Ostatnia miła niespodzianka na stacji benzynowej (1 l kosztował ok. 3 zł!), ostatnie zakupy w bezcłówce (oczywiście w granicach ustanowionych przez Unię - 2 paczki papierosów na osobę) i po przejechaniu mostu na Bugu powrót do szarej, eurounijnej rzeczywistości na ojczyzny łonie...
Comments